Unijna hot-spot-paranoja

Jakoś dziwnie w czasie zbiegły się dwie informacje – że Komisja Europejska będzie zamykać bezpłatne hot-spoty, a jednocześnie wywali mnóstwo forsy na otwarcie „swoich”. W Polsce mało kogo to obchodzi, bo wystarczy jedno doładowanie karty, by dostać parę gigabajtów danych. Chyba, że ktoś usilnie zabiega o anonimowość.

Wątek zamykania hot-spotów zaczął się od jakiegoś faceta z Monachium, który miał sklep. Udostępnił darmowy hot-spot, a przez ten hot-spot zostało dokonane przestępstwo – nielegalne udostępnienie utworu muzycznego (skandal!). O sprawie pisze m.in. benchmark.pl. Oczywiście nie znaleziono sprawcy, więc za winnego uznano samego właściciela sklepu, który nie zabezpieczył swojej sieci (to tak, jakby posiadacza siekiery uznać za winnego, gdy ktoś nią zabił). Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że nie jest dopuszczalne anonimowe korzystanie z sieci. Obowiązkiem właściciela hot-spotu jest wylegitymowanie osoby chcącej z niego skorzystać (naturalnie, właściciel siekiery również powinien legitymować wszystkich, którym ją pożycza).

Drugi wątek to UE zbuduje w Europie sieć hot spotów. Z propozycją wystąpił Jean-Claude Juncker, a projekt został oznaczony symbolem WIFI4EU (Wi-Fi for EU). W miejscach publicznych (biblioteki, stadiony, parki, place) miałoby powstać 6 tys. bezpłatnych punktów dostępowych. Ponoć KE znalazła na ten cel 120 mln euro.

Gdzie tu logika? To nie pierwszy i nie ostatni przykład pokazujący, że biurokratyczny moloch UE w takim kształcie nie ma racji bytu. Już widzę, jak przy każdym „unijnym” punkcie dostępowym stoi urzędnik, który – zgodnie z zaleceniami czcigodnego Trybunału – legitymuje unijnych obywateli i wydziela im hasła, by mogli skorzystać z sieci. Poniekąd tłumaczyłoby to koszt uruchomienia hot-spotów, bo niełatwo policzyć, że na jeden punkt wychodzi 20 tysięcy euro.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *